Cztery pory roku

Cztery pory roku

 

A ja lubię wszystkie pory roku,

bo każda z nich (…)

Czerwone Gitary

Tak jak może istnieć ulubiona ambona, tak też może istnieć ulubione uroczysko. Moje znajduje się dosyć blisko domu, ale nie dlatego jest moim ulubionym. Bliskość, w sensie odległości, nie jest bez znaczenia, ale też nie jest decydująca. Bliskość pomaga jednak stać się ulubionym. Moim ulubionym uroczyskiem są Bociny, duża łąka otoczona z trzech stron lasem, z czwartej strony, od północy, przecięta torem kolejowym i kilkoma rowami, w których cały rok płynie woda, no może z wyjątkiem kilku najbardziej gorących, letnich tygodni. Część Bocin położona za torem znowu dotyka, znacznie już mniejszego, lasu. Bociny, podobnie jak otaczające je lasy, są miejscem moich częstych spacerów z psem. W ciągu roku na Bocinach można spotkać lub zaobserwować, na przykład z jednej z kilku ambon, wszystkie gatunki zwierzyny łownej egzystującej w naszym łowisku. Jak mało gdzie, na Bocinach można również bardzo wyraźnie obserwować zmiany zachodzące w przyrodzie, związane ze zmianami pór roku. Pojęcie „Bociny” znane jest mi od dzieciństwa, jednak od kiedy zacząłem polować staram się wprowadzać modyfikację tego pojęcia, polegającą na nazwaniu tej mniejszej, północnej części, Małymi Bocinami, a reszty, za torem kolejowym, Dużymi Bocinami. Ktoś mógłby pomyśleć, że jest to jakaś głupia fanaberia, ale dla nas, którzy polujemy na Bocinach, jest to duże udogodnienie. Może nazwy te przyjmą się i za kilka lub kilkanaście lat staną się powszechnie używanymi wśród braci myśliwskiej.

Dla myśliwego każda pora roku jest ciekawa i niesie z sobą nowe wyzwania, nowe możliwości, ale również nowe ograniczenia. Ja lubię wszystkie cztery pory roku i wydaje mi się, że lubię je jednakowo. Muszę się jednak przyznać, że jest pewien niedługi okres czasu, za którym nie przepadam. Jest to okres pomiędzy końcem zimy a początkiem wiosny, szczególnie, gdy rozmiękły śnieg sprzyja dużej wilgotności powietrza, a wieczorne chłody prowadzą wówczas do występowania mgieł, nawet przy kilkustopniowych mrozach. Ogólnie, na dworze robi się wówczas nieprzyjemnie, na tyle nieprzyjemnie, że nawet zwierzyna chowa się w lesie i nie ma najmniejszej ochoty wyjść na otwartą przestrzeń. Chodząc w tym okresie po łowisku, jak mantra powraca do mnie wątpliwość, czy aby na pewno na obecnie opustoszałych terenach pojawią się wiosną sarny i inne zwierzęta. Przecież wszyscy wiemy, że powrócą, jednak pomiędzy zimą a wiosną tereny, które za chwilę będą zielone, wyglądają na jałowe i niezachęcające do bytowania na nich zwierzyny. Ten nieprzychylny zwierzynie okres przypada na przełom lutego i marca. Okres ten dla mnie osobiście jest też trudny – zaczyna się wiosenna alergia trwająca do końca maja. Od wielu już lat luty jest, niestety, miesiącem, w którym usilnie pragnę nadgonić zaległości w polowaniu. Z pełną determinacją staram się wypatrzeć i strzelić jakiegoś selekcyjnego byka lub przynajmniej cielaka. Nie odpuściłbym wtedy także dzikowi, chociaż na pojedyncze dziki trzeba bardzo uważać, aby nie strzelić prośnej lochy. Ta nerwówka, to usilne staranie się, aby pod koniec sezonu nadrobić „straty” sięgające jeszcze września pogłębiają moje negatywne odczucia względem nie budzącej się jeszcze do życia przyrody. Ponieważ gdy bardzo czegoś się chce, najczęściej nic z tego nie wychodzi, dlatego tym bardziej negatywne są moje odczucia związane z tym zamrożonym stanem rzeczy. Od kilku już lat nie strzeliłem byka! Młode i przyszłościowe oszczędziłem, innych nie spotkałem.

Wiosna objawia się pierwszą, świeżą zielenią. Jest już stosunkowo ciepło. W pierwszych dniach kwietnia może jeszcze spaść śnieg, ale nie będzie się trzymał dłużej niż trzy dni. Na początku mojej myśliwskiej przygody, gdy w marcu polowało się już tylko na lisy i inne drapieżniki, często siadałem na ambonie na Dużych Bocinach, tej położonej blisko toru kolejowego. W trzeciej dekadzie marca trawa bywa już bardzo wysoka. Jej soczysta zieleń świetnie kontrastuje z jeszcze zimowym futrem lisa. Kilka minut przed zachodem słońca lisy wychodzą wtedy na łąkę, aby zapolować na myszy lub inne gryzonie. Sarny wychodzą trochę wcześniej, objadać się świeżą trawą, na którą czekały od późnej jesieni. Pąki krzewów i drzew stają się już bardzo nabrzmiałe, a niektóre gatunki krzewów i drzew rozwijają nieśmiało pierwsze listki. Od początku kwietnia zieleń staje się dominująca w kolorystyce łowiska. W miarę upływu dni wzbogaca się nieustannie paleta odcieni zieleni. Pod koniec kwietnia zaczynają kwitnąć pierwsze krzewy i drzewa. Ostatnie kwiatostany rozwijają się na początku maja. Następuje wtedy apogeum wielości odcieni zieleni. Nasza planeta zwana jest niekiedy błękitną planetą, bo tak ponoć wygląda z przestrzeni kosmicznej. Ale iluż nas było w kosmosie? Wszyscy natomiast mieszkamy na powierzchni tej planety i dlatego wydaje mi się, że mieszkańcy strefy umiarkowanej chętniej nazywaliby Ziemię zieloną planetą. Dla mnie na pewno Ziemia jest zieloną planetą. Szczególnie wiosną. Tylko nieuważny obserwator lub daltonista nie zauważy ferii odcieni koloru zielonego, od poziomu gruntu po czubki drzew. Dla mnie jest to najpiękniejszy okres wiosny. Od początku maja zwierzyna płowa „przebiera się” w letnie, jaskrawe, czerwono-rude suknie. Także futra lisów stają się wyraźnie rude. Wydaje się, że obudzona właśnie na nowo do życia przyroda przyodziana jest we wszystko nowe, świadczy o tym paleta otaczających nas ze wszystkich stron jaskrawych, żywych i soczystych kolorów.

Niechybnym znakiem, że wiosna zaczęła się na dobre jest nagłe pojawienie się, najczęściej na początku kwietnia, czajek, których ubarwienie też zawiera różne odcienie zieleni. Na Duże Bociny co roku przylatuje kilka par czajek, które spłoszone nocą przez lisa lub w ciągu dnia przez wędrowca podnoszą straszny harmider, próbując odgonić napastnika. Okres marcowych i kwietniowych roztopów sprzyja powstawaniu na Dużych Bocinach olbrzymich, płytkich kałuż, na których każdej nocy można zaobserwować kilka par krzyżówek. Jedna z takich kałuż tworzy się rokrocznie pod amboną położoną blisko toru kolejowego. Wiosenne nęcenie dzików wykorzystywane jest nieodzownie przez cwane kaczki, których charakterystyczny świst sterówek słyszy się jeszcze przed ich pojawieniem się na łasze wody. Gdy księżyc jest blisko nowiu i nie ma sensu wysiadywać na ambonach, nocną obecność kaczek łatwo zauważyć w dzień, gdyż na wodzie unosi się wtedy mnóstwo małych, kaczych piórek. Miłośnikami kukurydzy sypanej na przynętę dzikom są również żurawie, przylatujące jako jedne z pierwszych lub, co zdarza się coraz częściej, pozostające w łowisku przez cały rok. Koniec kwietnia i początek maja to eksplozja przylotów ptaków śpiewających. Łąki i lasy robią się wtedy niezwykle głośne. Od świtu do zmierzchu panuje taki hałas, że nieprzywykłe do niego ucho mieszczucha odczuwa te miłosne uniesienia małych ptaków jako coś natrętnego, przeszkadzającego rano w spaniu, a w maju i czerwcu słońce wstaje już bardzo wcześnie. Gdy trawy są już dosyć wysokie, na Bociny przylatują niekiedy bociany w poszukiwaniu łatwego pokarmu. Bociany w naszym społeczeństwie traktowane są niemal z nabożną estymą. Niestety, nawet nie wszyscy myśliwi wiedzą o tym, że bociany są drapieżnymi mięsożercami. Tylko w ludowych opowieściach twierdzi się, a w bajkach dla dzieci wmawia się im, że bociany karmią się tylko żabami. Zbyt duża populacja bocianów prowadzi do nieodwracalnych szkód wśród młodzieży drobnej zwierzyny łownej oraz wśród piskląt ptaków śpiewających. Siedząc na ambonie na Bocinach w maju często słyszy się kukułkę. Częsty bywalec łowiska nie zwraca natomiast większej uwagi na kruki, wrony i sójki, gdyż te żyją w tym terenie cały rok. Podobnie dzieje się też z myszołowami, stale przebywającymi w łowisku. Uwagę potrafią natomiast przykuć sroki, ponieważ głównie spotyka się je cały rok w pobliżu domów, oraz różne gatunki błotniaków. Na Bocinach i otaczających je łąkach i polach wiosną i latem sporadycznie polują błotniaki łąkowe i zbożowe.

Początek wiosny przypada na ostatnie dni sezonu łowieckiego. Pierwszego kwietnia rozpoczyna się nowy sezon. Ale jednocześnie wiosna jest okresem rodzenia się nowego pokolenia zwierzyny łownej. Dla wytrawnego myśliwego początek wiosny to przede wszystkim czas obserwacji, a nie strzelania. Wszystkie młode są dobrze ukryte przed wścibskim okiem obserwatora lub wędrowca. W maju i czerwcu niektóre młode udaje się jednak wypatrzeć, ale raczej przypadkowo. Zdarzają się lata, w których w młodnikach przylegających do Dużych Bocin locha ukrywa swój barłóg z młodymi. Nieoczekiwane, przypadkowe spotkanie z warchlakami, szczególnie gdy w wędrówce przez lasy towarzyszy pies, może się skończyć poważnymi kłopotami. Dlatego, po pierwszym ostrzegawczym chrząknięciu lochy najlepiej jak najszybciej opuścić gęstwinę młodnika, a przede wszystkim należy odwołać psa. Jeśli locha znajduje się w tym czasie trochę dalej od barłogu i pies ugania się za warchlaczkami, istnieje duża szansa, że nie nastąpi jej furiacki atak. Pies, który w tej sytuacji nie zareaguje właściwie na komendę swojego przewodnika naraża się na wściekły atak rozsierdzonej lochy, przybywającej na ratunek swojemu potomstwu. Podczas zbierania jagód lub grzybów można natknąć się na zwinięte w kłębek koźlątko. Świadomy przyrodniczo zbieracz runa leśnego wie, że nie należy dotykać oseska, a przede wszystkim nie zabierać go do domu. Jego matka na pewno go nie porzuciła, tylko z daleka obserwuje i stara się zapewnić mu ochronę. Młode zwierzyny drobnej są nie do wypatrzenia, pomijając kompletnie przypadkowe odkrycia gniazd zbudowanych na ziemi, a w przypadku ptaków śpiewających na drzewkach lub krzewach na wysokości ludzkich oczu. Jedynie, mając trochę szczęścia, można późnym wieczorem lub wczesnym rankiem wypatrzeć młode zające, zwane marczakami. Sukces rozrodczy, liczba młodych osobników niemal wszystkich gatunków zależy ewidentnie od warunków pogodowych. Gdy początek i środek wiosny jest w miarę suchy, może nawet być chłodny, znaczący przyrost populacji jest gwarantowany. Jeśli wiosna jest mokra, a do tego deszczowa, wiele młodych ginie. Wynikający z tego uszczerbek dla populacji jest w danym roku nie do nadrobienia. W kwietniu starzy i doświadczeni nemrodzi wyruszają na ambony lub na obchód rewirów w poszukiwaniu ciekawego kozła. Wszak od jedenastego maja rozpoczyna się sezon polowań na rogacze. Myśliwy dbający o bioróżnorodność w swoim obwodzie łowieckim od pierwszego czerwca nie daruje lisowi, który nieopatrznie znajdzie się w zasięgu skutecznego strzału.

Stare myśliwskie przysłowie mówi, że „jeden lis mniej to jedna sarna więcej”. Może to i prawda, przecież w każdym przysłowiu ukryta jest jakaś cząstka prawdy, wyprowadzona w wieloletnich, wielopokoleniowych obserwacji. Patrząc na spokojne Bociny, koszone najwyżej raz w roku, trudno pogodzić się z rzeczywistością odnoszącą się do wielu innych łąk, na których w trakcie pierwszego koszenia trawy, pod koniec maja lub na początku czerwca, giną niemal wszystkie koźlęta, „przemielane” przez nowoczesne maszyny rolnicze, głównie te, które służą do koszenia. Rolnicy dobrze zdają sobie sprawę z tego, co dzieje się podczas bardzo wczesnych sianokosów, ale niechętnie o tym rozmawiają, tłumacząc się, że masakra koźląt jest konsekwencją postępu i rozwoju. A może chodzi tutaj głównie o coraz większe dochody z produkcji rolnej? O tanią produkcję byle jakiej żywności, która jeszcze kilkanaście lat temu uchodziła za najlepszą w Europie? Ale to wina nie tylko rolników – my wszyscy, całe nieomal społeczeństwo, chcemy coraz tańszych i lepszych produktów. Przecież jeśli coś jest tanie, to prawie zawsze jest miernej jakości. W trakcie sianokosów na łąkach giną nie tylko koźlęta. Giną także młode zwierzyny drobnej, szczególnie kuraków polnych, ale także pisklęta ptaków śpiewających. „Rozjeżdżone” młode sarny oraz młode zwierzyny drobnej przyciągają na świeżo skoszone łąki bociany i koty, a wieczorem i w nocy również lisy i dziki. Dziwne, że problemu tego nie dostrzegają tak zwani obrońcy przyrody. Może im się to po prostu nie opłaca?

Od początku maja wylęgają się lub budzą do życia tysiące, a chyba nawet miliony owadów. Nawet powtarzające się ostatnio rokrocznie nieduże przymrozki w pierwszych dniach maja nie są w stanie zredukować owadziej populacji. Częstą konsekwencją tych dwu- lub trzydniowych przymrozków są obmarznięte kwiaty drzew owocowych i „oparzone” liście orzecha włoskiego. Jeszcze w kwietniu uważny obserwator wypatrzy pierwsze osobniki zorzynka rzeżuchowca. Charakterystyczne, czerwone plamy na końcach skrzydeł samca tego motyla widoczne są z daleka. Mniej ubarwione samice są trudne do wypatrzenia. Niestety w maju, gdy zaczyna się sezon na kozły, na łąkach i w lasach automatycznie pojawiają się także krwiopijcy, zmora myśliwych polujących na kozły z podchodu. Bez dobrego środka odstraszającego komary podchód często staje się niemożliwy. Energiczne wymachy rąk, w beznadziejnym geście odganiania komarów, zauważy nawet rogacz odwrócony tyłem do myśliwego. W połowie czerwca w lesie robi się cicho. Milkną ptaki śpiewające.

Lato w lesie i na łące to ogromny rozwój życia, jego sielska kontynuacja oraz szybki wzrost młodego pokolenia. Warunki do rozwoju życia są wprost wymarzone, jest ciepło i żeru jest pod dostatkiem, zarówno dla trawożerców, jak i dla mięsożerców, czyli drapieżników. W tym natłoku sielskości mało kto ma ochotę zauważyć, że właśnie minęło apogeum długości dnia. Z nastaniem lata dni robią się znowu coraz krótsze. Na początku kalendarzowego lata jest już po pierwszych sianokosach, ale nie na Bocinach. Łąki na Bocinach kosi kilku rolników. Najczęściej robią to późno, gdzieś w środku lub pod koniec lata. Łąki koszą tylko jeden raz w roku, o ile w ogóle koszą. Wszystko zależy od warunków pogodowych – gdy lato jest mokre, na Bocinach, a przynajmniej na ich olbrzymiej powierzchni, stoi woda. Zdarzają się też lata, gdy nawet w lipcu i sierpniu nie można suchą stopą przejść z jednej strony łąki na jej drugą stronę.

Ostatnie dni czerwca i pierwsze dni lipca to walka między kozłami o jak najlepsze terytoria, gwarantujące duże sukcesy rozrodcze. Młode kozły wychodzą wczesnymi wieczorami na łąki, ale są bardzo nerwowe. Uważnie przysłuchują się odgłosom dobiegającym z lasów lub remiz, gotowe w każdej chwili umknąć przed nacierającym starym capem. Uroczyska znajdujące się daleko od ruchliwych dróg są bezpieczne dla wszystkich kozłów, natomiast z łąk przylegających do dróg asfaltowych często wypadają młode kozły, przeganiane jako intruzy, i ich życie kończy się pod kołami rozpędzonych samochodów. Pod nadjeżdżające samochody wpadają niekiedy także stare rogacze, zaślepione rządzą przepędzenia potencjalnych rywali.

Na początku lipca, gdy słońce jest już bardzo nisko nad horyzontem, następuje apogeum walki kozłów o własne rewiry. Siedząc w tym czasie na ambonie można usłyszeć szczekające kozły, ganiające bez wytchnienia po łąkach i polach. Zboża na polach są już bardzo wyrośnięte i nie ma możliwości zobaczenia goniących się kozłów. Tylko po ich szczekaniu można się zorientować, że coś się dzieje, że któryś z nich ucieka, a inny go goni. Po ponad godzinnym szczekaniu niektóre rogacze wręcz chrypną. Ich szczekanie staje się głuche i przytępione. Kilkanaście minut później wszystkie kozły najczęściej milkną.

W lipcu rozpoczyna się ruja saren, która teoretycznie trwa do połowy sierpnia. Jest to okres, w którym można przywabić mocnego kozła, ale także byle jakiego selekta. Na Bocinach nigdy nie spotkałem żadnego rewelacyjnego kozła. Natomiast egzystuje tutaj kilka kóz, które latem prowadzą młode. Wiele z tych kóz ma po dwa młode. Któregoś roku udało mi się bardzo cicho dojść do ambony i dopiero po dość długiej chwili zorientowałem się, że w trawie, której nieskoszony prostokąt rozpościerał się za amboną, leży sarna. Spojrzałem na nią przez lornetkę i stwierdziłem, że to koza. Na ambonę przyszedłem bardzo wcześnie, mając nadzieję, że pod koniec dnia uda mi się strzelić lisa, a potem chciałem zaczekać na ewentualne dziki. Kilkakrotnie patrzyłem przez lornetkę na wylegującą się w trawie kozę, aż za którymś razem zauważyłem na jej łbie małe parostki, a właściwie guziki. Gdy po chwili sarna wstała, okazało się, że jest to co najmniej czteroletni guzikarz. Nie mogłem odżałować, że plan odstrzału kozłów był już wykonany. Następnego roku tego guzikarza nie wypatrzyłem, chociaż długo go poszukiwałem. Szkoda.

W latach, w których Bociny nie są koszone, łąki rozciągające się między dwoma ambonami za torem kolejowym pokryte są wysokimi, zdrewniałymi i zrudziałymi trawami, stanowiącymi świetne ukrycie dla saren i dzików. Są to lata, w których dziki śmiało podchodzą do nęciska pod samą amboną. Na nęcisku jest też zawsze świeża, zielona trawa. Dziki i sarny wydeptują w zeschniętej, wysokiej trawie labirynt ścieżek. Po strzale w nocy w labiryncie tym trudno znaleźć dzika, nawet gdy leży bardzo blisko zestrzału. Pomoc psa jest konieczna, gdy po kilku próbach nie udaje się odnaleźć martwego dzika, gdyż ciepła, a czasem nawet gorąca noc może prowadzić do szybkiego zaparzenia się tuszy.

Końcówka czerwca i lipiec są okresem spokojnej wegetacji traw i ziół na łąkach. Kwiaty wszystkich kwitnących akurat w tym czasie roślin są intensywnie odwiedzane przez różne owady, w tym przez wiele gatunków motyli, chrząszcze, pszczoły i trzmiele. Od początku lipca ambony stają się niebezpieczne ze względu na szerszenie, które w tym czasie budują na nich swoje gniazda. Nocna eskapada na zasiadkę na ambonę powinna być poprzedzona baczną obserwacją wybranej ambony w ciągu dnia i upewnieniem się, że jest ona wolna od szerszeni. Czerwcowy nów jest dla myśliwego sygnałem, że należy na nęciskach sypać kukurydzę, aby przywabić dziki, a najlepiej całe ich watahy. Z pojedynczą sztuką dalej trzeba uważać, aby nie odstrzelić prowadzącej lochy. Nie wolno też zapomnieć, że przelatki też mogą mieć jednego lub dwa warchlaki i nawet wataha przelatków może składać się z kilku prowadzących loszek. W lipcu polowanie na nęcisku może być nieefektywne, ponieważ zboża, a szczególnie owies, stają się nęcące dla dzików. Każdą księżycową noc należy wtedy wykorzystać na penetrację pól obsianych zbożami lub kukurydzą. W dzień dobrze jest zabrać z sobą psa. Jeśli na polu znajdują się dziki, pies poinformuje nas o tym głośnym szczekaniem lub wręcz ujadaniem. Dziki są jednak bardzo cwane i ostrożne i nawet najlepszy, najbardziej cięty pies często nie jest w stanie wygonić je z pola kukurydzy. Wchodzenie na pola kukurydzy staje się dla myśliwego wielkim wyzwaniem. Szarżujący dzik ukazuje się nagle, a wysokie i sztywne łodygi nie pozwalają na wypracowanie strzału. Najczęściej strzela się z przerzutu, bez celowania.

Od sierpnia następuje dynamiczny przyrost wszystkiego co związane jest z łowiectwem. Przede wszystkim ciągle poszerza się lista zwierząt, na które można polować. Jednocześnie młode osobniki w dalszym ciągu rosną intensywnie, nieświadomie przygotowując się już do zbliżającej się szybkimi krokami zimy. Ale na razie jest lato i w połowie sierpnia rozpoczyna się sezon polowań na kaczki i grzywacze. Kaczki jedynie niekiedy przelatują nad Bocinami, szczególnie późnymi wieczorami wracając na pobliski staw, stanowiąc pozornie łatwy łup dla myśliwych. Pozornie, bo wcale nie jest łatwo trafić kaczkę spadającą na taflę wody jak przysłowiowy kamień. Do tego nigdy nie wiadomo, z której strony nadlecą kaczki i czy w ogóle przylecą. Podobnie sprawa ma się z grzywaczami. Te często przelatują nad Bocinami, szczególnie wczesnym rankiem lub wieczorem, ale mają sokoli wzrok i trudno się przed nimi ukryć. Pod koniec sierpnia bociany zbierają się na swoich sejmikach i przygotowują się do odlotu. Początek trzeciej dekady sierpnia to przede wszystkim rozpoczęcie sezonu polowań na jelenie byki. Na początku sierpnia, gdy trawy na Bocinach są już bardzo wysokie, byki często przemierzają łąki, idąc rano od strony toru kolejowego do młodnika, a wieczorem w odwrotnym kierunku. Na Małych Bocinach mają ulubioną łąkę, którą późną jesienią i zimą odwiedzają bardzo późno, bo po dwudziestej drugiej. Przechodzenie przez tor kończy się czasami, ale raczej niezwykle rzadko, tragedią. Dużego strachu napędzają im także przejeżdżające pociągi, szczególnie wolno jadące. Pod koniec sierpnia jedynie sporadycznie można na Bocinach spotkać jelenia. Obfitość żeru oraz zbliżające się rykowisko powodują, że jelenie gromadzą się wokół swoich odwiecznych miejsc walki o łanie. Miejscem takim nie są Bociny. Siedząc jednak w drugiej połowie września na jednej z kilku ambon często słyszy się porykiwania byków i łatwo można się zorientować, w których miejscach odbywa się aktualnie rykowisko. Ale to dopiero jesienią.

Wrzesień jest dobrym miesiącem na polowanie na dzika. Minął już okres ochronny loch i można spokojnie strzelić ładnego przelatka lub wyrośniętego warchlaka. Nawet gdyby strzeliło się lochę, nie będzie to wykroczeniem łowieckim, chociaż oczywiście nie należy tego robić z premedytacją. Warto jednak przyzwyczajać na powrót dziki do stałych miejsc nęcenia, najlepiej kukurydzą. Polowanie na kozły staje się coraz trudniejsze. Przede wszystkim kozły są już wtedy mocno przestrzelane. Dawno już skończyła się ruja i stare rogacze stają się znowu bardzo ostrożne. Ogołocone ze zbóż pola i skoszone już drugi czy nawet trzeci raz łąki nie stanowią dla saren dobrego miejsca schronienia. Także kaczki przepadają gdzieś w pierwszej połowie września. Prawdopodobnie obfitość żeru na polach, a konkretnie na ścierniskach, skłania je do trzymania się bliżej miejsc żerowania, a na pewno w pobliżu takich miejsc mogą one znaleźć oczka lub cieki wodne, a nawet jeziora lub stawy.

Jesień to dla myśliwego czas żniw, które potrafią być bardzo długie i trwać do końca lutego następnego roku, o ile wcześniej nie zostanie wykonany plan odstrzału. Od września można polować na wszystkie gatunki zwierząt łownych, zarówno samce, samice, jak i młode. Oczywiście nie na wszystkie w tym samym czasie. We wrześniu następuje zrównanie dnia z nocą, a później, do początku zimy, dzień staje się coraz krótszy. Zieleń większości drzew i innych roślin robi się stara. Liście brzóz zaczynają żółknąć. Nieubłagany początek jesieni jest już bardzo widoczny latem, po żniwach, gdy z pól znikną zboża. W przeszłości nieodzownym znakiem, że jesień jest w pełni były wykopki ziemniaków i snujące się wieczorami dymy ze spalanych łętowin, ale dzisiaj tylko niewielu rolników sadzi jeszcze ziemniaki, a już prawie żaden z nich nie sieje buraków pastewnych. Zastąpiła je kukurydza – ze wszystkimi swoimi plusami i minusami dla łowiectwa. Pola stają się puste, a trawa na Bocinach albo jest tyle co skoszona i na pewno przed zimą nie zdąży już odrosnąć, albo jest zrudziała i przygnieciona do ziemi. Większość zwierzyny spędza każdą wolną chwilę na powiększaniu masy tuszy i gromadzeniu zapasów tłuszczu, aby jak najlepiej przygotować się na nadchodzącą zimę. Wyjątkami są tylko jelenie byki, których rykowisko zaczyna się pod koniec września i odyńce, gdyż od połowy listopada zaczyna się huczka, one rozpoczynają obżarstwo po spełnieniu swoich powinności wobec ciągłości gatunku. W ostatnich dniach września plan odstrzału kozłów jest już najczęściej wykonany. Zresztą kozły gdzieś nagle znikają i wydaje się, że nigdy w łowisku ich nie było, chociaż wszyscy wiemy, że były i że są. Powstaje jedynie pytanie: gdzie się w tej chwili ukryły? Ale mało który myśliwy szuka odpowiedzi na to raczej retoryczne pytanie.

Myśliwi, którzy pragną zapolować na mocne, selekcyjne byki z niecierpliwością czekają na pierwsze wrześniowe przymrozki, niezaprzeczalny znak, że za chwilę zaczną one ryczeć. Za mocnym bykiem warto się rozglądać już pod koniec sierpnia, szczególnie na otwartych przestrzeniach, gdyż zdarza się wówczas, że chmary byków jeszcze się nie rozbiły i wśród wielu bardzo przeciętnych znajdzie się jednak jeden mocny selekt. Rykowisko to dla niektórych byków ciągłe doglądanie chmary łań, wśród których kręcą się cielęta, a dla innych walka o zdobycie chmary łań. Tylko stare byki zadowolą się jedną lub dwoma łaniami, a młode będą szukać możliwości zbliżenia się do łań w chwili nieuwagi stadnego byka. Pod koniec rykowiska może się nawet zdarzyć, że kilku organistów, czyli młodych byków, przepędzi wymęczonego byka stadnego i zawładnie jego haremem. W pobliżu miejsc, na których odbywa się rykowisko trwa nieprzerwany harmider. Nieco uspokojenia następuje w ciągu dnia. Myśliwemu, który nie potrafi wabić byków warto usiąść na ambonie, szczególnie wieczorem lub wcześnie rano, i czekać na byki podążające w kierunku odpoczywających łań. Jest to dobra metoda, aby wypatrzeć mocnego selekta, gdyż będzie on próbował zawładnąć cudzym haremem albo przynajmniej oderwać od niego kilka łań.

Największym niebezpieczeństwem dla naturalnego przebiegu rykowiska jest wysyp grzybów. Grzybiarze potrafią rozgonić każde rykowisko i to w każdym uroczysku obwodu łowieckiego. Nie ma na nich mocnych! Sami są tak zaślepieni zbieraniem grzybów, że nie pamiętają o ekologicznym zachowaniu się w lesie. Wędrując po lesie po okresie grzybobrania nie widać szkód, które narobili mieszkańcom lasu, przeszkadzając im w ich odwiecznym rytuale prokreacyjnym, widać natomiast jak kolejny raz naśmiecili w lesie i na obrzeżach lasu. Drogę ich wędrówki znaczą porozrzucane puszki po piwie, plastikowe butelki i plastikowe torby. Zastanawiający jest brak jakiejkolwiek reakcji na ten brutalny atak na bezbronną przyrodę ze strony tak zwanych ekologów. Prawdą jest jednak także, że poważni ekolodzy też milczą i udają, że nic się nie stało. Oczywiście, zawsze można wysunąć argument, że to tylko niewielka garstka grzybiarzy zanieczyszcza lasy i rozgania rykowiska, ale zła opinia przenosi się przecież na nich wszystkich.

Po rykowisku zaczyna się okres wędrówek chmar jeleni. Często są to chmary złożone tylko z łań i cieląt, do których ewentualnie przyłączyły się młode byki, głównie szpicaki. Chmary takie wychodzą na otwarte przestrzenie, czyli zręby, uprawy, pola lub łąki jeszcze w ciągu dnia. O zmroku należy jednak uważać, aby nie odstrzelić przez nieuwagę słabego szpicaka. Szpicaki i inne młode byki wędrują na końcu chmary. Na Bociny w październiku często wychodzą takie chmary i nadarza się wtedy dobra okazja do strzelenia selekcyjnej łani lub cielaka. Jeśli wcześniej na łąki wyszły jakieś sarny, to istnieje realna możliwość zrobienia dubleta z dwóch gatunków zwierzyny, ale najpierw trzeba strzelić jelenia. Im bliżej zimy, tym łatwiej można na Bocinach wypatrzeć mocne byki. Chodzą one przeważnie w małych chmarach lub pojedynczo. Duże chmary łań i cielaków z jednym stadnym bykiem są rzadkością na Bocinach. Regularnie pojawiają się jednak na sąsiednim uroczysku, przylegającym do domów i ogrodów tak zwanej kolonii, zwanym Swiszlem. Na Swiszlu cały rok widać dużo saren. Wśród nich zdarza się czasami stary, interesujący cap. Ale to jest interesujące głównie latem.

Początek listopada to w wielu kołach łowieckich czas, w którym rozpoczynają się polowania zbiorowe. Chociaż w niektórych kołach zbiorówki odbywają się już w październiku, to jednak najpiękniejszym momentem na ich rozpoczęcie jest sobota lub niedziela blisko dnia Św. Huberta. Najczęściej pogoda jest wtedy typowo jesienna. Drzewa liściaste mienią się pełną paletą czerwono-pomarańczowo-brązowych barw i odcieni. Przygrzewające delikatnie słońce działa pozytywnie na nastroje myśliwych i naganiaczy. Polowania hubertusowskie są krótkie. Myśliwi, naganiacze, towarzyszące myśliwym rodziny, krewni i znajomi z utęsknieniem czekają na pierwszą po wielu miesiącach przerwy wspólną biesiadę myśliwską przy przygotowanych wcześniej specjałach kuchni myśliwskiej.

Po polowaniu hubertusowskim zaczyna się dla myśliwego okres ciężkiej pracy w łowisku. Na bieżąco dokarmia się zwierzynę, a co niedzielę lub sobotę bierze się udział w polowaniu zbiorowym. Szczególną wagę do tych polowań przykładają łowczowie kół, gdyż polowania te są także okazją do podgonienia wykonania planu odstrzału, szczególnie zwierzyny grubej. Dobrze, jeśli w tym okresie wykonanie planu nie zagłuszy istoty zbiorówek, czyli możliwości wspólnego polowania członków koła i zapraszanych przez nich gości.

Jesienne pełnie księżyca nadają się wybornie do polowania z podchodu. Trochę trudności mogą wprawdzie powodować dywany opadłych liści, ale żerującą zwierzynę, a szczególnie dziki, słychać z bardzo daleka. Trzeba tylko przemieszczać się wolno, robić jak najmniej hałasu i często zatrzymywać się, aby wsłuchać się w odgłosy lasu. Nieprzerwanie należy również pamiętać, że dziki mają wprawdzie słaby wzrok, ale za do doskonały węch i bardzo czuły słuch. Nęciska na Bocinach i innych przyległych uroczyskach są chętnie odwiedzane przez dziki, gdy skończy się żer na polach i łąkach. Większość kukurydzy uprawianej na terenie łowiska jest przeznaczona na kiszonki. Kombajny wjeżdżają na pola kukurydzy już w październiku. Jeśli w kukurydzy zadomowiły się dziki, łatwo to zauważyć po zbuchtowanych w sąsiedztwie łąkach. Dużo przed pełnią trzeba wtedy przenieść w okolicę takiego pola lub łąki przenośną wysiadkę. W dniach koszenia kukurydzy dziki można także zaskoczyć celnym strzałem w chwili opuszczania przez nie ogołacanego przez kombajn pola. Strzał nie jest łatwy, gdyż dziki są w ciągłym ruchu, ale przy odrobinie szczęścia można strzelić nawet kilka dzików, szczególnie gdy pole obstawione jest przez kilku myśliwych.

Wielu myśliwych nie lubi strzelać kóz i łań. Niestety zasady selekcji są nieubłagane i jednak należy utrzymywać w łowisku prawidłową strukturę płci. Październik i listopad to dobre miesiące na wykonanie takich odstrzałów. Etyczny i wrażliwy myśliwy, co nie zawsze musi iść w parze, będzie starał się wybierać do odstrzału nieprowadzące kozy i łanie. Strzelenie prowadzącej kozy lub łani spowoduje bowiem, że zimą osamotnione młode będzie się błąkało samo, a w przypadku mocnej zimy jest skazane na zagładę. Cielę, przy odrobinie szczęścia, zostanie przygarnięte przez chmarę, ale koźlę stoi na straconej pozycji. Jest to szczególnie widoczne po bardzo mroźnych zimach. Etyczne wykonanie planu odstrzału jest w przypadku saren i jeleni niezmiernie trudne, ponieważ w planach przewiduje się zawsze odstrzelenie większej liczby kóz i łań, niż koźląt i cieląt. Ponadto, strzelanie kóz i łań też powinno uwzględniać zachowanie struktury wiekowej. Ciekawe w ilu kołach łowieckich zasada to jest przestrzegana?

Wielu myśliwym, przede wszystkim tym, którzy uwielbiają broń śrutową, jesień kojarzy się głównie z polowaniami na kaczki, a późna jesień także z polowaniami na bażanty. Polowania na grzywacze są u nas mało popularne, bo zawsze brakuje na nie czasu, a do tego grzywacze są bardzo ostrożne i można je upolować głównie z zaskoczenia. Kiedyś na słonki polowało się wiosną, ale odkąd nasz kraj przystąpił do Unii Europejskiej, wiosenne polowania na słonki są zakazane. Dalej na słonki można polować jesienią, tylko skąd jesienią wziąć na to czas? Dodatkowo, trzeba mieć dobrze ułożonego psa, a większość myśliwych, zdecydowana większość, nie ma żadnego psa, a co dopiero ułożonego. Słyszę czasami od kolegów, że widzieli w naszym łowisku jakieś zabłąkane stadko kuropatw. Kuropatw, podobnie jak zajęcy, nie mamy w planie pozyskania.

Ile jest borsuków w lasach naszego obwodu nie wiem, ale nie jest to zwierzyna łatwa do wypatrzenia. Już łatwiej jest zimą odnaleźć ich nory, o oknach znacznie większych niż okna lisich nor. Jesienią, wcześnie rano zdarza się najpierw usłyszeć, a potem zobaczyć biegnącego borsuka, zmierzającego na odpoczynek w wygodnej i czystej norze. Począwszy od lata, borsuki przychodzą także na nęciska. Uwielbiają one, podobnie jak większość zwierzyny, ziarna kukurydzy. Pamiętam, jak kilka lat temu, gdy siedziałem na ambonie blisko toru kolejowego, nagle usłyszałem straszny hałas dobiegający mnie od strony toru. Początkowo myślałem, że to wataha dzików zaszczyci mnie swoją obecnością. Gdy jednak usłyszałem okropny hałas dobiegający spod ambony, a z powodu słabego światła nie mogłem niczego wypatrzeć, zdziwiłem się mocno i nerwowo szukałem dzików w dalszej odległości od ambony. Po kilku minutach na łące, w miejscu rozsypywania kukurydzy, w końcu zobaczyłem pasiasty łeb sporego borsuka. Kolega, do którego zatelefonowałem, poradził mi zaczekać na następną pełnię, czyli do listopada. Borsuki są wtedy lepiej wyfarbowane. Niestety w następną pełnię lało co noc i borsuka więcej nie zobaczyłem. Wiosną, na ruchliwej drodze potrącił go samochód. Szkoda, że jesienią nie pociągnąłem za spust mojego boka.

Późną jesienią rozpoczyna się intensywny ostrzał lisów. Szczególnie sprzyjają temu, o ile się zdarzą, opady śniegu i chociaż lekkie przymrozki. Śnieg i mróz w tym okresie są naturalnymi sprzymierzeńcami lisiarzy. Chyba w każdym kole łowieckim jest grupa myśliwych chętnie i wytrwale polujących na rudzielce. Około trzydziestu lat temu cena lisiej skórki była bardzo wygórowana, obecnie jest niemal bezwartościowa. Tym bardziej należy doceniać nemrodów poświęcających swój czas na pojedynki z lisami. Z pojedynków tych częściej zwycięsko wychodzą lisy, pomijając strzelanie z karabinków małokalibrowych na duże odległości. Ja osobiście preferuję strzelanie do lisów ze śrutu, a więc na bardzo małą odległość. Lisa trzeba najpierw zainteresować potencjalną zdobyczą, a następnie przywabić go na odległość skutecznego strzału. W chwili strzału przechera powinien stać na blat, przy strzale na sztych śrut może go ominąć lub niegroźnie zranić. Wabiąc lisy na myszkę, czyli na pisk myszy, czasami, po wielu nieudanych próbach, tracę wiarę w swoje umiejętności. Żaden lis nie podszedł pod ambonę. Ale dlaczego wokół ambony lata sowa, a czasami ląduje nawet na dachu lub próbuje usiąść wewnątrz ambony? Chyba jednak moje wabienie jest przekonywujące, po prostu akurat w okolicy nie było żadnego lisa.

Grudzień potrafi być miesiącem nerwowym dla myśliwego, szczególnie takiego, który w ostatnich dniach sezonu stara się strzelić jeszcze kilka kaczek. Łyski i grzywacze odlatują z naszych łowisk przeważnie w listopadzie, ale zdarzają się lata, że już w październiku znikają ze stawów i pól. Dni stają się ciągle krótsze i następuje przesilenie. Jesień przemija i kończą się terminy polowań na wiele gatunków zwierzyny.

Zima, ta kalendarzowa, rozpoczyna się krótko przed Świętami Bożego Narodzenia. Dni wydłużają się, ale początkowo niezauważalnie. Dopiero po Trzech Królach przyrost długości dnia staje się obserwowalny. Zima, ta prawdziwa, jest ostatnio bardzo kapryśna. Albo zaczyna się krótkotrwałymi opadami śniegu już na początku listopada, albo pierwsze śniegi padają dopiero na początku grudnia, a jeszcze częściej dopiero w styczniu. Mrozy też są dużo łagodniejsze niż w poprzednich latach. Słuchając relacji w telewizji lub radiu można odnieść wrażenie, że zima wywędrowała do Ameryki Północnej i na Bałkany, ewentualnie do Rumunii. Wiele osób jest z tego bardzo zadowolonych, ale mogę się założyć, że myśliwi tęsknią za prawdziwą zimą, za polowaniami po białej stopie, które niestety z roku na rok stają się coraz krótsze i rzadsze. Mam nadzieję, że jest to tylko chwilowe zachwianie odwiecznego porządku rzeczy i że prawdziwe zimy znowu zawitają do nas.

Początek zimy to kontynuacja polowań zbiorowych. To w wielu kołach nerwowe szukanie możliwości zrealizowania planów odstrzału. O ile strzelenie kilku kóz lub koźląt, brakujących do wykonania planu, nie jest żadnym problemem dla myśliwych, o tyle strzelanie w tym okresie do łań stanowi już prawdziwy dylemat. Ja sam oraz wielu moich znajomych nie lubimy po Świętach strzelać łań. Skoro udało im się przeżyć tak długo, może lepiej żeby zadbały o pomnożenie populacji, a koła zapłaciły w nadleśnictwach kary umowne za nie wykonie planu odstrzału. Chyba warto przemyśleć takie rozwiązanie?

W końcu grudnia i w styczniu istnieje duża szansa upolowania mocnego byka, nie tak duża jak w czasie rykowiska, ale jednak istnieje. Oczywiście na polowaniu indywidualnym. Na zbiorówkach też strzela się byki, a prawdę mówiąc byki raczej słabe. Dobrze jeśli selekcyjne. Dziwię się kolegom, którzy strzelają na zbiorówkach każdego selekta, który wyjdzie im pod lufę. Moją oczywiście do tego prawo. Dobre możliwości strzelenia wartościowego byka, czyli selekta o mocnym wieńcu, dają organizowane coraz częściej polowania tak zwaną metodą szwedzką. Siedząc na ambonie zawsze są większe szanse prawidłowej oceny byka lub innej zwierzyny. Zasady obowiązujące podczas takich polowań są dobrze przemyślane. Tylko niektórzy uczestnicy takich polowań albo o nich nie wiedzą, albo nie chcą się do nich stosować. Jeśli ktoś strzela z jednej ambony kilka łań, to istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że pierwsza padł licówka. A jak to się ma do etyki myśliwskiej?

Mimo, iż polowania zbiorowe można organizować do końca stycznia w wielu kołach ostanie polowanie zbiorowe organizuje się w połowie stycznia. Plan odstrzału jest już wykonany lub niemal wykonany, zaczynają się okresy ochronne na sarny i, zwyczajowo, na łanie i lochy. Co prawda najnowsze przepisy stanowią inaczej, ale przecież nie ma obowiązku bezmyślnego stosowania się do nich. Końcówka stycznia i luty to głównie polowania na koguty, lisy i inne drapieżniki. Jeśli plan nie jest jeszcze wykonany to także na dziki, byki i cielaki. Cielaki są już duże i coraz trudniej odróżnić je od szmalek.

Styczeń i luty to apogeum polowań na lisy, które mają w tym czasie cieczkę. W styczniu lisy słabo reagują na wab, szczególnie na myszkę, ale za to są w ruchu całą dobę. Psy szukają liszek i stają się bardzo nieostrożne. Wybierając się na przejażdżkę po obwodzie, na przykład aby uzupełnić karmę w paśnikach lub zboże w podsypach, warto wpisać się do książki wyjść i zabrać ze sobą jakąś strzelbę. Wielokrotnie przekonałem się na własnej skórze, że wystarczy zabrać broń śrutową. W lutym, po zakończeniu się cieczki, lisy są wygłodniałe i łatwa je przywabić. Jeśli na polach i łąkach jest śnieg, nie trzeba czekać na księżyc. Lis jest widoczny w lornetce z daleka.

Pierwsze dwie dekady marca najczęściej są obecnie bezśnieżne, niestety. Utrudnia to polowanie na lisy, ale także poszukiwanie zrzutów. Chyba w każdym kole istnieje garstka zapaleńców, specjalizujących się w ich poszukiwaniu. Często tylko „dla sportu”, a czasami, aby coś ciekawego zrobić z tych darów naszych lasów. Poszukiwanie zrzutów ma też niewątpliwie znaczący wpływ na nasze zdrowie – po prostu dużo czasu spędzamy na świeżym powietrzu, jednocześnie przemierzając wiele, wiele kilometrów. Ponadto, nasz pies jest nam wdzięczny za każde wyjście w teren, a dla niego dużo ruchu po dobrym zimowym odżywianiu też się liczy.

Ocknąłem się. Popatrzyłem na zegarek, dochodziła druga w nocy. Księżyc świecił w zenicie i odnosiło się wrażenie, że łąki i lasy są oświetlone jak w trakcie słonecznego dnia. Miałem już dość dalszego czekania, mimo iż marcowa noc była dosyć ciepła. Zszedłem z ambony i skierowałem się w stronę zaparkowanego samochodu, czas było wracać do domu. Idąc po łąkach upstrzonych zeschłą, ubiegłoroczną roślinnością zatrzymałem się na chwilę, rozejrzałem się po okolicy i nagle uzmysłowiłem sobie, że wrzeciono czasu wykonało następny obrót. To mnie nawet nie zaniepokoiło. Na to byłem przygotowany. Zaniepokoiła mnie inna myśl – wrzeciono czasu ma dziwaczną budowę. Pierwsze jego obroty są dla nas bardzo, aż za bardzo, powolne, potem następuje długa seria obrotów o niemal jednakowej szybkości, a po tej serii każdy obrót robi się coraz szybszy, szybszy od poprzedniego.

 


Hit Counter provided by Curio cabinets